U nas, jak zwykle spokój.
Dziadzio Vincent mówi (w tych rzadkich chwilach, kiedy nie żuje fajki czy czegoś, co mu z gęby dynda i trochę fajkę przypomina, ale nikt z nas go już nie pyta, co to jest), że spokój jak cholera. Pastor, jak to pierwszy raz usłyszał, to się przesłyszał. Zrozumiał, że u nas jest cholera i poleeeciał jak na skrzydłach wiatru (albo po wyżerce u Onufrego) pozałatwiać najważniejsze sprawy w odpowiedniej kolejności.
Czyli najpierw do kościoła pobiegł się wyspowiadać.
Tam napotkał pewien problem, bo nie za bardzo miał go kto wyspowiadać - nasz pastor jest jedyny na setki kilometrów dookoła. W tym pomocny okazał się Groo Thun, który po krótkiej wyprawie do niedalekiej wioski indiańskiej, przywiózł pastorowi coś, co zostało po gościnnie przebywającym u Indian od bardzo dawna, wędrownym pastorze z Rio. Nasz pastor się wyspowiadał, a Groo Thun odwiózł resztki wędrownego do Indian, bo pora obiadowa u nich się zaczynała, a Onufry odmówił przyrządzania steków w oparciu o artykuły spożywcze niewiadomego pochodzenia.
Sam Groo Thun to ciekawa postać, szary jakiś taki odkąd się do nas sprowadził, nie bywa w saloonie a chwiejnym krokiem zawsze podąża. Jego koń też jakiś taki podobny, chwieje się nawet bez wiatru. Ciekawe, czym on go poi?
Dziadzio Vincent się ożenił, z tym, że tutaj jest nam trochę niewygodnie o tym mówić. No niby nie wina Dziadzia, Pastor wtedy też jeszcze do końca do siebie nie doszedł po aplikowaniu sobie szczepionki przeciw cholerze (trzeba przyznać, że całe miasto inaczej spojrzało na Onufrego: takiego czegoś to jeszcze nikt nie pił, a powalało po pierwszej szklance!), poza tym ciemno było, bo Włochaty targnął się z głodu intelektualnego na świece i spił całą naftę z jedynej lampy w kościele, więc jakby niczyja wina. Ale jednak trochę dziwnie się zrobiło, jak się okazało tuż po ślubie, że panną młodą nie jest ciotka Gaha, która przyjechała z Niemiec kilka miesięcy temu do nas, tylko szaman Fejrun... Faktycznie wyglądał nieco kobieco w tych swoich koralach i w czymś, co wygląda jak dosyć długo nie poddawana praniu sukienka, ale jak oni się tam podmienili, to nie wie tego nikt! Pastor będzie musiał się nieźle nagłowić co z tym zrobić, jak już do siebie dojdzie.
Nawet nasz nowy szeryf czuje się lekko zagubiony w tej nowej rzeczywistości. Aa, nie pisałem o tym - były wybory. Zaraz po wyborach poinformowaliśmy wszystkich w mieście, że się odbyły i jest szeryf. Wszyscy mogli zgłaszać swoje ewentualne zastrzeżenia, ale tylko nowy pomocnik wydawcy gazety zgłosił, tuż przed swoim niefortunnym, przypadkowym zderzeniem z powozem Grabarza, więc jakby zastrzeżeń co do wyboru nie było.
Szeryfem został Gah, chociaż - tak szczerze mówiąc, nie chciał. Ale tutaj się włączył Onufry z nalewką a potem dołączył Indianin Joe ze swoimi zdrowotnymi ziółkami i, już po paru godzinach, można było Gaha zanieść do biura szeryfa. No to jak się obudził, wyboru nie miał, bo było po wyborach.
Trzeba powiedzieć, że nasz stary znajomy Speedy, który zajrzał do nas i już jakoś został, wpadł na ciekawy sposób wykorzystania starego dworca kolejowego. Razem z nim przyjechało kilka tancerek i pianista, bo Speedy, jak mówił - lubi jak wszystko gra. Jedna z nich, konkretnie Gorąca Lena (Hot Layn w oryginale), miała nieco praktyki w pracy z telegrafem (jej były mąż, lekko nieogarnięty człowiek, napadał na poczty i gazety - na banki nie mógł, miał uczulenie na chłód - z pracy przywoził drobiazgi i jednym z nich był telegraf) i same ręce jej skoczyły, jak zobaczyła ten w ruinach dworca. Okazało się, że działa! gdzie my oczy mieliśmy, szukając tych drutów! A okazało się, że oni je na drzewach pozahaczali. Tylko kto będzie głowę tak wysoko zadzierać? Jeszcze słońcem po oczach się dostanie!
Jak Hot Layn uruchomiła ten telegraf, ktoś się odezwał. Coś tam odpowiedziała i odezwał się następny. To już nas zainteresowało! W krótkim czasie łączyli się z nami dziwni ludzie z całego Zachodu (a i ze Wschodu też), pytając o różne rzeczy. Postanowiliśmy to wykorzystać i od tego momentu linia zrobiła się naprawdę gorąca! Telegrafowali do nas z pytaniami, czy mamy to i tamto, kiedy mogą odebrać, jaka cena. Ceny dawaliśmy przystępne, to i przyjeżdżać zaczęli po odbiór towaru, a nasz Grabarz odzyskał humor.
Nickt się gdzieś szlaja, a Geens robi paczki na zamówienie. Takie małe walizeczki mu wychodzą. Małe, ale jak się otwiera, to huk słychać na kilometry. Skąd wiem? hę, pierwsze testy były w Rio. Od nas Rio nie widać, ale słychać było dobrze. I potem ta chmura dymu zza horyzontu się pokazała. Musiał Geens trochę poczekać z następnymi testami, bo się odbudować musieli. No i trochę zmniejszył moc walizeczki.
Czyli u nas, jak mówiłem, spokojnie.
Sierpień 2012
5 mies. temu

0 komentarze:
Prześlij komentarz