poniedziałek, 20 czerwca 2011

Zjawa na cmentarzu

Obudziłem się tuż po świcie, tak około południa. Dodatkowo, miałem wrażenie, że coś dziwnego działo się w nocy, ale nie za bardzo mogłem skojarzyć, co to takiego było. Nietrudno mi było zgadnąć, dlaczego mam taki kłopot pamięciowy, bo w końcu nalewki Onufrego może najsmaczniejsze nie są, ale na całym Zachodzie są znane z tego, że kopią lepiej od całego stada mustangów. A jeszcze Indianin Joe przyszedł ze swoimi ziółkami, to co się dziwić, że więcej okien widzę, niż w całym mieście ich jest?

Powoli pamięć wracała, a aby jej pomóc, wstąpiłem do Saloonu. Generalnie tłok był, ale przy naszym stoliku siedział z obolałą jakoś miną Gah i sączył coś tam. Jemu też się wydawało, że w nocy się działy dziwne rzeczy, ale nikt jakoś się nie kwapił, żeby nam cokolwiek powiedzieć. Generalnie ze strachem lekkim się nam przyglądali. Cóż, muszą uważać, specyficznie od momentu, kiedy Gahowi się rewolwer z zapalniczką nowego typu pomylił i kuzyn farmera Jonesa już po dwóch miesiącach mógł patrzeć jednym okiem. Drugim raczej nie spojrzy, bo trudno było znaleźć coś, co przypominało oko.

Onufry podał nam swoja nalewkę, z lekko poprawionym smakiem, jak mówił. Kto jak kto, ale on o smaku to raczej pojęcia nie ma, wszyscy to wiedzą, którzy coś tu zjedli. Hasło Onufrego zresztą, jak chodzi o jedzenie, to "Co tam smak, byle ciepłe było i rozgrzało ryło".  Gdzie on się uczył gotować, to jest dopiero tajemnica. Pastor mawia, że pewnie we Włoszech, u Borygów, czy jakoś tak.

Fakt, że nalewka pomogła nieco rozjaśnić mroki nocy. Otóż, jak doszliśmy po pewnym czasie i trzech flaszkach, nad ranem zobaczyliśmy coś, co przypominało zjawę. Zobaczyliśmy to w okolicach cmentarza, gdzie wybraliśmy się celem relaksu w ciszy i spokoju.
 
Wydawało nam się, że to coś ma w stosunku do nas niecne zamiary, bo poruszało się wybitnie szybko najpierw dookoła nas, a potem w naszym kierunku ruszyło z pełnym impetem. Może i to by nas nie zmusiło do sięgnięcia po kolty, ale ta zjawa zaczęła takie dźwięki wydawać, że nasze spragnione spokoju głowy cierpiały mocno. No to wygarnęliśmy do tej zjawy z tego, co przy sobie nosiliśmy, a Geens dodatkowo zafundował zjawie rozrywkę na całego, turlając w jej kierunku mały pakunek. Pakunek był przeznaczony dla znajomego, zwanego Doko, który chciał jakis mały problem z sąsiadem rozwiązać. Patrząc na efekt, to mógł kazdy problem rozwiązać z sąsiadem za pomocą pakunku.

Krótko mówiąc, w miejscu, gdzie była zjawa, powstał solidny dół. Jak się już dym rozwiał, przybiegł zaniepokojony Grabarz, ale kiedy nas zobaczył i ten spory dół, nawet się ucieszył, bo goście do miasta jadą, a tutaj na kilka trumien miejsce jak znalazł.
Przy okazji opowiedzielismy mu o zjawie.
No i trochę posmutniał, bo nie wiadomo, czy to, co wzięliśmy za zjawę, jeszcze żyje. A to jak się okazało, był nowy pomocnik naszego Grabarza, z takim trudnym imieniem: jakoś tak jak ameba... amfibomeba... ambafibia.. amebafatima.... czy no jakoś tak.

Kilka tygodni temu tu przylazł szukając pracy, i okazało się, że szczególnie dobrze idzie mu współpraca z Grabarzem, bo strasznie kopać lubi. Nie wiemy, ile w tym prawdy, ale podobno pastor ganiał już go po cmentarzu, bo ten amebo.. no jak mu tam, dożywia się po zmroku, specyficznie po świeżym pogrzebie.
A że za zjawę go wzięliśmy? cóż, wyglądu to on nie ma zbyt ciekawego, jakieś takie blade to i długie siekacze wystawia - niezbyt popularny w mieście z tego powodu jest, bo bydło straszy.

...aha, jest i nowy sąsiad, mieszka w szałasie - kuzyn Indianina Joe. Ciekawy jakiś, z łuku podobno trafia z dużej odległości. Ciekawi jesteśmy, w co trafia. Wybieramy się sprawdzić, ale najpierw się zdrzemnąć trzeba.
...

0 komentarze:

Prześlij komentarz