poniedziałek, 22 marca 2010

Borsuczy tunel....

Wreszcie wyszliśmy!

To jest sukces i nie byle jaki! Dla tych, którzy nic nie słyszeli o naszej wyprawie, krótko ją opiszę.

Jak wiecie, Borsuk kopał tunel. Nie poprzestał na początkowym planie, który ograniczał zasięg tunelu i zdecydował się na wykopanie najdłuższego tunelu, o jakim słyszał Świat. Rekord, mówi, chciał pobić.
Pobić to my jego chcieliśmy nie jeden raz w ciągu wyprawy, ale o tym później.

Borsukowi to kopanie tunelu spodobało się i to bardzo, tym bardziej, że sam nie kopał. Pisałem już, że wykorzystał mieszkańców Rio? Do cna ich wykorzystał, do tej pory gdzieś po tunelu błądzą, nikt ich się szybko nie spodziewa.

Może wszystko jakoś by spokojnie się potoczyło, gdyby Gah nie wpadł na pomysł, że skoro mamy tunel, to trzeba go wykorzystać. Usiedliśmy wtedy z Gahem w barze, Onufry polał Whiskey i zaczęliśmy się zastanawiać, do czego i jak ten tunel wykorzystać. Wiadomo, znacznie może nam ułatwić odwiedziny w innych miastach i szybkie znikanie. Unkass z Włochatym zrobili krótki wypad na próbę i w zasadzie ładnie im poszło. Wpadli do takiego jednego z bardziej bezczelnych miasteczek, Algarve i złupili bank. Bezczelne, bo samo nie chce płacić daniny, zawsze musimy sami się do nich wybierać, a już towarzystwo lekko rozleniwione, zwłaszcza w okresie, kiedy Indianin Joe pali w mieście ognisko i zaprasza do bezpłatnej degustacji nowych ziółek. Od samego dymu z ogniska pół miasta już nie może wyjść z domów. Dokładnie to nawet wstać z łóżka nie może, dym taki ciekawy jest.

W każdym razie w Algarve poszła wieść, że duchy im bank obrobiły. Czyli, cała wina poszła na Ghost Town, w którym faktycznie już nikogo nie ma i wiatr hula strzelając okiennicami, bo nic innego tam strzelać nie może.

Siedzimy sobie tak i zastanawiamy się, pastor nawet pomysł zgłosił, żeby wykorzystać element strachu i religijność u ludzi podwyższyć, ale po chwili sam przyznał, że nie tędy droga. Trochę wtedy posmutniał i lekko zasnął nad szklanką.

Pogi zaproponował, żeby sobie ten tunel na takie bardziej turystyczne wypady zostawić, żeby szybko, po cichu i wygodnie nad wodę docierać i na łódki.

Łódki... po ostatnim razie, jak się dziadziowi Vincentowi maszt z kilem pomylił i musieliśmy dwie godziny płynąć crawlem do brzegu, pomysł nie chwycił.

Weronika powiedziała, że można zrobić z tunelu świetny labirynt do zwiedzania za pieniądze. Pomysł był całkiem ciekawy i jak się później okazało, diablo prawdziwy! Ile my kasy nie dalibyśmy za to, żeby z tego tunelu wyjść! Ale nikomu się nie chciało tam wracać i czekać na turystów ze Wschodu, bo gwarancji, że się znowu uda wyjść, nie było.

I wtedy Gah rzucił myśl, żeby skolonizować jakieś miasto na Wschodzie, taki na przykład Washington, o którym w gazetach piszą sporo. Miasto rozbudowane, sporo banków - spodobało nam się.

Przygotowaliśmy się do wyprawy solidnie, oprócz Whiskey wzięliśmy też i amunicję.

Poszliśmy całym miastem.

Już na trzeci dzień, zaraz po tym, jak nam szlag trafił światło, bo ktoś z głodu zjadł cały zapas świec, okazało się, że Borsuk nie ma przy sobie planu tunelu. W zasadzie, gdyby miał, to i tak byłby mało widoczny, ale zawsze można by wtedy czyjeś portki podpalić i spróbować znaleźć drogę. Ale nie to było najgorsze. Wyszło na jaw, że Borsuk podczas budowania tunelu, nie kontrolował w pełni jego rozwoju i teraz dało się zauważyć, że tunel to istny labirynt! Kilka razy trafialiśmy na szkielety, ale żaden się nie przyznał, z jakiego miasta pochodzi.

Raz przemknęli obok nas zapomniani kopacze tunelowi, ale zrobili to tak szybko, że nie zdążyliśmy ich zatrzymać. No, oprócz jednego, z którego i tak już informacji nie wyciągnęliśmy, bo Silver za szybko strzelił i przez przypadek - bo ciemno było, trafił. Zbyt dokładnie trafił.

Po jakichś dwóch miesiącach, wyszliśmy na zewnątrz, ale nawet nie zaczęliśmy się cieszyć. Widok co prawda był piękny, ale jak zejść po stromych ścianach dobre dwieście metrów w dół? Nikt nie chciał ryzykować, włącznie z Nicktem, który ostatnio nieźle się stoczył, więc powinien mieć wprawę.

Za drugim razem wyszliśmy w jakimś porcie, tak obstawionym przez dziwnie wyglądające wojsko w czerwonych marynarkach i wielkich, futrzanych czapach, że mowy nie było o tym, aby się jakoś przemknąć na ląd.

Tyle tego wojska było, że port jak czerwona flaga wyglądał. Ze złości Geens im rzucił na pożegnanie jedną petardę, a potem trzeba było szybko zwiewać, bo się od niej wszystkie okręty w porcie zapaliły.
Tylko zapach ładny się zrobił, jakby ktoś herbatę palił.

Przez następne tygodnie wlekliśmy się w ciemności, aż Borsukowi się przypomniało, że Dziadzio Vincent ma zwój liny, którą można wykorzystać do zrobienia pochodni.

Ale nic z tego. Dziadzio Vincent powiedział, że na wszelki wypadek, on jeden koniec liny przywiązał do studni w naszym mieście, a teraz już mu malutko zostało, a nie chce podpalać, bo nie będzie wiedział, jak wrócić.

Na nasze spokojne pytania, dlaczego o tym nie powiedział wcześniej, rzekł niewyraźnie, że go o to nie pytaliśmy.

Przez jakiś czas bardziej wyraźnie nie będzie mógł mówić, jeżeli w ogóle coś powie, ale w rezultacie do miasta właśnie wróciliśmy, a po przetrzepaniu Borsuka, będziemy do siebie dochodzić. Niektórzy dopełzają, bo sił mamy mało.

Pełznę do baru, coś łyknąć na wzmocnienie, a że gadać mi się nie chce, to o tym napiszę później

0 komentarze:

Prześlij komentarz