Huh, wreszcie mogę pisać. Ręka się już ponownie do pióra przyzwyczaiła, chociaż uchwyt jeszcze nie jest całkiem mocny. Ale co się dziwić. Na własną prośbę sobie zafundowałem.
A zaczęło się całkowicie niewinnie.
Unkass jak zwykle niezwykle spokojnie zadowolony z siebie, przyjechał razem z Gahem z odwiedzin w Rio. Czego oni tym razem nie przywieźli.. tak łatwiej opisać, bo po zdjęciu skrzyń z wozów i ich rozpakowaniu, w którym uczestniczyło całe miasto, doszliśmy do wniosku, że tam już tylko puste domy zostały, o sklepach nie wspominając. Taki świąteczny szał zakupowy, jak mówi żona farmera Jonesa.
Jakie Święta, ktoś może zapytać. Ano nijakie, zawsze jest u nas w mieście święto, jak ktoś zakupy zrobi. Specjalny wysłannik z tego Nowego Jorka czy jakoś tak, powiedział, że niechcący, niejako nieświadomie, przyczyniamy się do rozwoju infrastruktury w okolicy. Jak już mu opuchlizna zeszła, to wytłumaczył (trzymaliśmy już Onufrego, żeby wysłannik mógł się wytłumaczyć), że chodziło mu o prosty fakt - my robimy kompleksowe zakupy w Rio, w następstwie czego, do Rio zjeżdżają się wszelkiej maści handlarze z całego Dzikiego Zachodu, a od czasu do czasu i spece od budowy domów. Raczej odbudowy, poprawiliśmy go szybko. W każdym razie, okoliczna i nieco dalsza produkcja rośnie, konsumowana w Rio.
No za tę konsumpcję i kompleksowe zakupy to już oberwał, bo u nas w mieście to raczej nikt kompleksów nie ma, a o konsumpcji to pastor mawia, że należy ją ograniczać do prokreacji małżeńskiej. Pastorowi już tę prokreację wybaczymy, bo cokolwiek to oznacza, Pastor jest nasz i czasem nam może przygadać. Ale nie, żeby sobie obcy pozwalał!
Tak sobie w każdym razie na wesoło dzieliliśmy prezenty, kiedy na zadyszanym koniu wjechał spocony szaman Fejrun i, tuż po łyknięciu na uspokojenie, ostrzegł nas, że na pomoc do Rio jedzie duży oddział jakiegoś wojska. Nie mógł powiedzieć, jakiego, bo od ziółek lekko mu rozpoznawanie znaków dymnych ciężko ostatnio idzie, w każdym razie dał radę odczytać, że dużo ich.
Zmartwienia raczej nie było, bo nie pierwszyzna to dla nas, zaczęliśmy się więc zastanawiać, jak ich przyjąć.
Poprzednio sprawę załatwił Indianin Joe, w zasadzie sam, to teraz, pomimo tego, że się wyrywał, zarządziliśmy losowanie, żeby sprawiedliwie było.
Losowania to moja specjalność, a że się trochę nudziłem, to postanowiłem się rozerwać i wylosowałem siebie. Nie dałem rady już przegłosować, żebym sam pojechał, bo chętnych było zbyt wielu i doszło do gorącej dyskusji. Jak to u nas zwykle bywa w takich przypadkach, dyskusja trwała dwa dni i przez ten czas weterynarz miał masę roboty. Tylko grabarz jakiś smutny chodził, że dyskusja dyskusją, a on żadnej roboty nie dostał.
W każdym razie, właśnie podczas tej dyskusji złamałem sobie rękę. Nie pamiętam w zasadzie, o kogo, ale Geens opowiedział mi później, że w Saloonie przez pomyłkę zacząłem książkami rzucać, a że lekkie były, to zamachnąłem się całą półką. No i wtedy runął na mnie regał z książkami, przytrzasnął mi prawą rękę i kiedy szarpnąłem lewą ręką, chcąc tę prawą wyciągnąć, to na lewą poleciał mi księgozbiór Włochatego, zahaczył o pianolę, to się przesunęła, uderzyła w regał, który uwolnił moją prawą rękę i byłoby OK, gdybym zdążył spod pianoli wyciągnąć lewą.
Z zasady prawą nie piszę, żeby sobie nie popsuć precyzyjnego chwytu za rewolwer, więc z pisania były nici.
Nie zrezygnowałem z przywitania wojska i nawet trochę było zabawy, kiedy we trzech na nich wyskoczyliśmy w nocy z lasu, przebrani za Indiańskie demony. Tak jak spali, w tych białych galotach, tak się zerwali i próbowali uciekać. Trochę im te galoty po chwili przeszkadzać zaczęły, bo ciężaru nabrały, a w wilgotnych ciuchach kiepsko się biega, a do tego ślisko.
W rezultacie stadnina nam się znacznie powiększyła, zapas broni to mamy na małą wojenkę, a krawiec jest przeszczęśliwy, bo już dawno tyle materiału nie miał.
No to na razie, idę do saloonu, bo nowa Whiskey przyjechała, to trzeba ją godnie powitać.
Sierpień 2012
5 mies. temu

0 komentarze:
Prześlij komentarz