Chyba skończyliśmy świętować.
Pewien nie jestem, bo to już u nas tak jest - coś się wydaje zakończone, a w rzeczywistości nawet się nie rozpoczęło. Wiem, o czym mówię, doświadczenia mamy przebogate. Wystarczy wspomnieć o moście nad rzeką, o którym powiedzieliśmy tym nowym od dyliżansów i zaznaczyliśmy na ich mapie. Dosyć długo ich później wyciągaliśmy z rzeki.
W każdym razie nowy rok przyszedł i już jest. A impreza była nawet spokojna. Jedynie w Rio mieli trochę problemów z ogniami sztucznymi, bo się okazały całkowicie prawdziwe i lekko im architekturę zmieniły.
Ale to już niech do Geensa przychodzą z pretensjami, od niego kupowali.
Orkiestra była, tak jak Czarnulka zapowiadała. Gdyby nie to, że standardowo rytm do tańca wystukiwaliśmy o podłogę, a Nickt na czyimś grzebieniu grał, to z muzyką było krucho. Co prawda, zarzekali się potem, że grali, ale najgłośniej to jednemu z nich w płucach grało. Teraz mają czas na przemyślenia, żeby w przyszłym roku jednak nie udawać, a zagrać i jaki repertuar będą mieć. Mają czas do wiosny, bo wtedy niedźwiedź z jaskinii wyjdzie, więc będą mogli powoli porozbierać ścianę z kamieni i też wyjść.
Zastanawiamy się, skąd u nas na dachu saloonu taka ciekawa dekoracja się wzięła?
Wygląda trochę, jakby stado ptaków swoje pióra zostawiło, a samo poleciało dalej. A może to Indianie, których teraz Fejrun szuka, odlecieli do jakiegoś cieplejszego miejsca i wrócą na wiosnę? W każdym razie dach saloonu wygląda teraz tak, jak czapka Borsuka. Prawdę mówiąc, nam się wydawało, że też polecimy, po tym, co Onufry w saloonie przygotował. Pierwszy łyk był znośny, albo inaczej mówiąc - znieczulający.
Jak już można było oddychać, to strasznie się chciało pić. Onufry na to był przygotowany i dawał wodę. Potem z niego wyciągnęliśmy, że nie chciało mu się mieszać składników, więc w jednej beczce miał wodę, a w drugiej to, co powinien wcześniej z nią zmieszać - a to się samo mieszało, jak mówił. Fakt, wymieszało się, ale najpierw zdrowo paliło. Pogi do dzisiaj mało mówi i jakoś tak ostrożnie chodzi.
Interesująco przemawiał pastor, trzeba dodać. Nie mam pojęcia, czy on taki przygotowany już był, czy ten napój Onufrego tak podziałał, ale mówił krótko, szybko i zaciekawił nas mocno. Otóż złożył nam życzenia, a my jemu i to od razu, żeby nie zapomnieć, a potem powiedział, że jest nas w mieście coraz więcej, ale nie widać, żeby jakaś taka większa więź się tutaj pojawiła i będziemy musieli skoncentrować się na budowaniu społeczności. Powiedział, nie wytłumaczył i pobiegł za saloon. Jak już wrócił, nie mieliśmy serca go pytać, o co mu chodziło z tym budowaniem, bo strasznie blado wyglądał.
A właśnie, jak już przy budowaniu jesteśmy - Borsuk przed celebrowaniem nowego roku poszedł kopać przy strumieniu. Wasai z nim wcześniej rozmawiał, znając jego talent do budowania, żeby nam mały mostek nad strumieniem zrobił, to będzie wygodniej na bagna suchą nogą przejść. Chyba coś niewyraźnie mu powiedział, bo będziemy mieć pierwszy na Dzikim Zachodzie mostek podwodny, z tego, jak to teraz wygląda. Jeżeli mielibyśmy zaufać przerażonym kretom, uciekającym z lasu, Borsuk nawet w miarę prosto kopie. W każdym razie mały tunel pod strumieniem już jest.
W tym roku nikt nikogo nie postrzelił w czasie całej imprezy! I to jest coś takiego, o czym powinny pisać wszystkie gazety na Dzikim Zachodzie! Tutaj trzeba pochwalić Unkassa i Indianina Joe, którzy wszystkim gościom rewolwery pozabierali, zaraz po pierwszym łyku napoju Onufrego. Pakowali to wszystko do worków i dali Gahowi, który pognał gdzieś i po kilku godzinach wrócił zadowolony jakiś, ale już bez nich.
Podobno to dlatego okoliczni farmerzy tyle jedzenia przywieźli, bo im obiecał, że nie będzie strzelanin, jak od niego kupią tę broń. Kupili i dostarczyli nam sporo żarcia i radości, bo strzelać to może nie będziemy tak od razu, ale od czego siekierki są? A poza tym, swoje i tak schowaliśmy u farmera Jonesa.
Szukamy teraz Bubaro, któremu po północy zrobiło się gorąco i przyszło mu do głowy, żeby namówić Indian na taniec sprowadzający deszcz. Jak się okazało, Indianie potrafią być efektywni! Może i wszystko by było w porządku, ale po napoju od Onufrego coś im się pomyliło i zamiast deszczu, zaczął padać śnieg. I to jak!
Rano się zorientowaliśmy, że te śmieszne bałwany w kapeluszach, które ktoś przed saloonem postawił, to nie bałwanki. Paru gości z okolicznych farm zasypało i tak sobie stali, czekając na odwilż. Szczególnie jeden taki nam w pamięci utkwił, farmer Lootyash, który tak się świetnie zakonserwował z fajką w zębach, że kiedy Dziadzio Vincent chciał tę fajkę wyjąć, to razem ze wszystkim zębami Lootyash'a przyczepionymi dookoła ustnika wyskoczyła. Czyli że Lootyash to już dołączy do specjalnej imprezy u grabarza.
Podobno lekko drętwa jest, no ale co się dziwić, przecież wiemy, kogo zaprosił.
Sierpień 2012
5 mies. temu

0 komentarze:
Prześlij komentarz